Oczywiście fejsbukowcy i wolontariusze SPŚM już wiedzą co bym zrobiła z poprzednim właścicielem Aleksy.
No to dodam, że świetny pomysł miał Waldemar Łysiak w książce pod tytułem Perfidia, w jednym z opowiadań rozdziału Był sobie czas. Bo zabić kogoś raz to stanowczo za mało. Leczymy, smarujemy, kąpiemy, karmimy, kochamy. Oraz trzymamy kciuki by Aleksa przestała cierpieć a zaczęła cieszyć się życiem.
Dziecko pojechało na wycieczkę, do Sandomierza i okolic.
Dojechało na miejsce i donosi uprzejmie, że: w ośrodku wszystko się sypie, mają wannę zamiast prysznica (czego nie-na-wi-dzę), na obiadokolację była wodnista pomidorowa i pulpety ze szczura.
Lu naprawdę nie jest wybredna, spartańskie kolonie przeżyła bez marudzenia, dzielnie znosi moje obiady. Jako dziecko nie przykłada też dużej wagi do jakości kwater.
To ja się pytam jaki syf musi panować na kolejnych szkolnych wycieczkach?! Bo ta nie jest pierwsza, o tak marnej opinii.
Czy nauczyciel który organizuje taki wyjazd nie uczy się na własnych błędach i nie stara się, by następna wycieczka nie była aż tak żałosna organizacyjnie? Nie przeszkadza ten fakt osobiście?
Mnie to zadziwia, ale moze ja jestem dziwna, że potrafię zapytać ośrodek/ kwaterę jakie są warunki, wyegzekwować je i zrobić awanturę za parszywe jedzenie?
Jestem minimalistą. Nie marzę o wyspach kanaryjskich i hotelach olinkluziw z basenem. Jeżdżę w polskie góry i nad polskie kapryśne morze. Spokojnie znoszę wspólne kuchnie, obłędnie drogą, ale pyszną i świeżą, rybę. Sprzątam po sobie, stopuję dziecko gdy tupie i trzaska drzwiami. Ale prędzej pierzem żółtym porosnę niż pozwolę sobie wciskać bulszit za moje ciężkio zarobione pieniądze. Wtedy wyłazi ze mnie złe i zieje ogniem. I nie zamierzam tego zmieniać.