Archiwum

pewnego dnia…

poczuję potrzebę by tu pisać.
ale na to muszę poczekać.

prawda czy wyzwanie :)

Na ostatniej lekcji angielskiego ticzerka zapodała nam fajną zabawę. Trzeba było odpowiedzieć na nietypowe pytanie i uzasadnić odpowiedź, oczywiście w lengłidżu.
Pytania były w stylu:
- jesli musiałbyś stracić jakąś kończynę, to wybrałbyś rękę czy nogę?
- gdybyś miał stracić któryś ze zmysłów, to wybrałbyś węch czy smak?
- chciałbyś się ponownie urodzić jako kobieta czy mężczyzna?
- j.w. jako czarnoskóry czy biały?

Świetnie się bawiliśmy, bo oczywiście każdy wybierał najmniej skomplikowaną odpowiedź, co czasami dawało powód do wycia ze śmiechu.

Zabawa pobudziła moją fantazję.
Ciekawa jestem na przykład: gdybym mogła bezboleśnie porzucić pracę zawodową za cenę pokonania swoich najgorszych lęków, czy byłabym w stanie to zrobić?
Skoczyć na bungge, albo wziąć udział w takiej scence. Bo tak pierwotnie boję się dwóch rzeczy, wysokości i pająków, reszta byłaby kwestią determinacji.

A Wy? Jakie macie fobie, których pokonanie byłoby warte jakiegość dużego pragnienia?

Ząb, dupa zębowa

Moja babcia mawiała, że jak pambuk chce kogoś ukarać to mu rozum odbiera.
Statystycznie – nie sądzę – co więszy kretyn to bardziej radosny, ale jeśli o mnie idzie trafione w dziesiątkę.

Rok temu przy polerowaniu piaskiem mych szanownych zębów pani dentystka wspomniała o wybielaniu. Rzetelnie dodała, że impreza droga i nie każdy się nadaje ze względu na wrażliwość zębów, ale ziarno zasiała.
Kiedy stwórca rozdawał talony na ładne zęby ja uparcie stałam w kolejce po te trwałe. Nie żałuję, ale nie byłabym człowiekiem, a już na pewno kobietą, gdybym nie cierpiała z powodu ich koloru. Więc postanowiłam, że mam rok na uzbieranie mamony i po następnym odkamienianiu i pisakowaniu strzelę sobie wybielanie.

Strzał był dzisiaj.

Ożesz kurwa z macią perłową!

Widocznie jestem wśród tych z wrażliwymi zębami, bo myślałam że zejdę. A teraz poszukam CIEPŁEJ wódki i postaram się nie wytrzeźwieć do środy.

$#^&*$#€%*&$##!!!

Swędzą mnie kły

Od kiedy moja ulubiona kosmetyczka otworzyła własny biznes, z dala od mojego domu, strasznie się zapuściłam. Pewnie mogłabym znaleźć drugą, ale nie chce mi się prób i rozczarowań. Znęcam się nad sobą sama.
Ostatnio po raz kolejny postanowiłam wydepilowac sobie wąsik, plastrami z woskiem. Wąsik mam mały i zazwyczaj nie rzuca się w oczy bo i tak mam twarz owłosioną blond szczeciną, ale wpadłam na pomysł, więc nie dałam się zniechęcić.
Zarostu już nie mam, ale przy okazji oderwałam sobie kawałek ust i skleiłam woskiem rzęsy. Zawsze miałam talent.

Do cholery doprowadza mnie służbowy samochód. Wiecznie coś tej cholerze dolega, z każdym dupslem trzeba jeździć do serwisu, a serwis ma fachowców jak z koziej dupy waltornia. Namacalnie stwierdzamy, że nie ma w tej opinii żadnej przesady.
Świruje klimatyzacja, serwis stwierdził fakt ale przyczyny już nie, wysłali "pytanie do przyjaciela". W niedzielę, piekielny samochód wcale nie chciał odpalić. Wezwany mechanik z assistance i stwierdził, że wyładował się do cna akumulator. Podładował, sprawdził – coś żre prąd, ale nie wiadomo co. Znów wyprawa do serwisu. Podobno nic nie znaleźli.
Więc po samochód pojedziemy jutro, jakby co, nie zapali u nich, a nie u mnie pod blokiem.
Kończy mi się wyrozumiałość.

A poza tym wszystko mnie wkurwia panie doktorze.

Aleksa po tygodniu leczenia

Księżniczka Aleksa – 16 minuta filmu


http://www.tvp.pl/lodz/informacja/lwd/wideo/17052012-2145/7407396

Początek kuracji

Oczywiście fejsbukowcy i wolontariusze SPŚM już wiedzą co bym zrobiła z poprzednim właścicielem Aleksy.
No to dodam, że świetny pomysł miał Waldemar Łysiak w książce pod tytułem Perfidia, w jednym z opowiadań rozdziału Był sobie czas.
Bo zabić kogoś raz to stanowczo za mało.

Leczymy, smarujemy, kąpiemy, karmimy, kochamy. Oraz trzymamy kciuki by Aleksa przestała cierpieć a zaczęła cieszyć się życiem.


tandeta i wdupiemaizm za przyzwoleniem

Dziecko pojechało na wycieczkę, do Sandomierza i okolic.
Dojechało na miejsce i donosi uprzejmie, że: w ośrodku wszystko się sypie, mają wannę zamiast prysznica (czego nie-na-wi-dzę), na obiadokolację była wodnista pomidorowa i pulpety ze szczura.

Lu naprawdę nie jest wybredna, spartańskie kolonie przeżyła bez marudzenia, dzielnie znosi moje obiady. Jako dziecko nie przykłada też dużej wagi do jakości kwater.
To ja się pytam jaki syf musi panować na kolejnych szkolnych wycieczkach?! Bo ta nie jest pierwsza, o tak marnej opinii.

Czy nauczyciel który organizuje taki wyjazd nie uczy się na własnych błędach i nie stara się, by następna wycieczka nie była aż tak żałosna organizacyjnie? Nie przeszkadza ten fakt osobiście?

Mnie to zadziwia, ale moze ja jestem dziwna, że potrafię zapytać ośrodek/ kwaterę jakie są warunki, wyegzekwować je i zrobić awanturę za parszywe jedzenie?

Jestem minimalistą. Nie marzę o wyspach kanaryjskich i hotelach olinkluziw z basenem. Jeżdżę w polskie góry i nad polskie kapryśne morze. Spokojnie znoszę wspólne kuchnie, obłędnie drogą, ale pyszną i świeżą, rybę. Sprzątam po sobie, stopuję dziecko gdy tupie i trzaska drzwiami. Ale prędzej pierzem żółtym porosnę niż pozwolę sobie wciskać bulszit za moje ciężkio zarobione pieniądze. Wtedy wyłazi ze mnie złe i zieje ogniem. I nie zamierzam tego zmieniać.

wciąż bez prozacu

Zabieram do domu zawodowy komputer tylko po to by nie zajrzeć do niego ani przez chwilę. Taka podświadoma forma buntu. Nawał pracy i tak wyklucza a) wyrobienie się na czas b) zrobienie tego dobrze, bo jak ktoś zasuwa jak leming do klifu, to popełnia błędy.
Jeśli mnie ochrzanią za zaniedbanie będzie o niebo lepiej dla mojego ego jeśli będę miała świadomość, że nie dałam się zwariować.

Mam napisać "coś o sobie" do hufcowego kwartalnika. No cóż, megalomania żyje i ma się świetnie, ale ja jestem niestylistyczny bloger i klaun, tak na poważnie to będzie trudno.

Od czterech dni jestem na specyficznej diecie. Niczego nie wykluczyłam, to się sprawdza na krótką metę, ale radykalnie ograniczyłam cukier i słodycze (łatwe), przegryzki, pieczywo (będzie trudniej) i mój napój bogów (ajajajaj!).
Codziennie ćwiczę i jak tylko mogę jeżdżę na rowerze. Właśnie rower i moje buty do biegania sprawiły, że od wczoraj mam nieprzeciętnego siniaka na lewej łydce. Zazwyczaj zakładam buty o gładszej podeszwie, ale duża wrażliwość kolorystyczna kazała mi założyć te drugie :) Nie udało mi się zdjąć nogi z pedału tak szybko jak powinnam i tylko łut szczęścia sprawił, że nie spadłam na pysk. Łydkę można wcisnąć w dżins lub maskujące rajstopy, twarz trudniej.

Pod balkonem rosną dwa krzaki bzu. Mam nadzieję, że nie zdążą przekwitnąć zanim znajdę chwilę, by wyjść przed blok z aparatem. Teraz napawam się widokiem fioletowych kwiatów wieszając pranie, zdejmując pranie, wieszając pranie…
Wiem, że to zależy tylko ode mnie.
Muszę wziąć lekcje u Lu. W jej pokoju bałagan jakby własnie pierdolnął meteoryt tunguski, a ona ze spokojem pisze powieść/rysuje/spożywa jogurt nad kolejną książką.
Dorosłość to pułapka.

przerwa, dopóki ktoś mi nie przepisze prozacu

bo jedyne co mi ostatnio przychodzi do głowy to… :

kocham wolne

Kocham miłością wielką. A jeszcze wolne, podczas gdy wszystko co żyło wyjechało z miasta, smakuje jak ambrozja.

Zgodnie z ideą święta pracy wyszorowałam balkonowe okno, nieziemsko brudną futrynę i taki sam balkon. Spieszyłam się, bo saloon mam od zachodniej strony i lada chwila miało pojawić się słońce. Wtedy na bank bym zeszła na udar.
Zdążyłam. Sezon na bose łażenie po płytkach uważam za rozpoczęty. Dwa prania wyschły z sykiem.

Na obiad zrobiłam chińskie po polsku, czyli danie jednogarnkowe na bazie wszystkich warzywnych resztek z zamrażalnika. Do tego dwie paczki ryżu w szafranie, lampka wina i żyć nie umierać.
Dziecko poszło na podbój osiedla, Ślubny podał kawę, świnie pod ławą zmieniały boki i chłodziły wyciągnięte różowe piętki.
Wieczorem poszłam na rower.
Na tłusty odwłok założyłam pas neoprenowy, w uszy audiobooka i ruszyłam ulubioną trasą. Gdy wróciłam mogłam wykręcać nawet skarpetki, ale jak rzadko, czułam że żyję.
Prysznic, kolacja, świnie żebrzące o zielonego ogórka. Harry Potter, przytulona Lu, piwo, totalna cisza za oknem.

Chwilo trwaj.